Takiego tekstu na blogu nawet ja sama się nie spodziewałam - z literaturą klasyczną jakoś mi nie po drodze - jednak pan profesor u mnie na studiach kazał przeczytać, to i przeczytałam, a teraz mogę podzielić się z Wami wrażeniami :)
Jest to jeden z dialogów Platona; co ciekawe, mowa Sokratesa w nim przedstawiona wydaje się być zapisem autentycznym. Platon był na procesie swojego mistrza i prawdopodobnie dosyć wiernie oddał to, co się tam działo.
A o jaki proces w ogóle chodzi? Jak zapewne pamiętacie z lat szkolnych, Sokrates był słynnym greckim filozofem, autorem słów "wiem, że nic nie wiem". Otóż, Sokrates był zagorzałym poszukiwaczem mądrości. Miał takie hobby, że chodził po ludziach, o których słyszał, że są mądrzy, i tę ich mądrość testował w sobie jedynie właściwy sposób. Uznał, że wszyscy ci ludzie może i mają wiedzę z jakiejś dziedziny, jednak nie są świadomi - czy też raczej nie chcą sobie uświadomić - ogromu swojej faktycznej niewiedzy; że pozjadali wszystkie rozumy. Sokrates uznał, że to wcale nie jest mądrość, a on przynajmniej zdaje sobie sprawę ze swojej niewiedzy, więc w tym względzie paradoksalnie jest mądrzejszy od nich wszystkich. No i tak chodził i wytykał poważnym osobistościom ich niewiedzę. Nic dziwnego, że się wkurzyli i wytoczyli mu proces.
