Przez wiele, wiele lat broniłam się przed oglądaniem "Gry o tron" - i w sumie dobrze, bo myślę, że musiałam do tej historii nieco "dorosnąć". Aż wreszcie zmusił mnie mój mąż... a ja całkowicie wsiąknęłam w ten świat, oglądając wszystkie sezony, a zaraz potem także "Ród Smoka" i "Rycerza Siedmiu Królestw". Mój wielki maraton zakończył się jakoś w lutym albo w marcu, dowiedziałam się, że nowy sezon "Rodu Smoka" wychodzi w czerwcu - i podjęłam szybką decyzję: do czasu tej premiery chcę przeczytać "Ogień i krew". I prawie-prawie się udało, bo w chwili premiery do końca książki zostało mi jedynie około 70 stron (z ponad 1000). W każdym razie, całą historię dotyczącą Tańca Smoków, której to wojny domowej dotyczy serial, miałam już ogarniętą.
No dobrze, ale czym się właściwie różni "Ogień i krew" od serii "Pieśń lodu i ognia"? "Ogień i krew" to prequel, którego akcja toczy się kilkaset lat przed wydarzeniami z "Gry o tron", w czasach panowania dynastii Targaryenów - od Aegona Zdobywcy do Aegona III (historia urywa się w trakcie jego rządów, kiedy kończy się panowanie regentów, a zaczyna władać sam król).





