Niezrażona porażką w postaci powieści Zyty Rudzkiej, postanowiłam wejść głębiej w świat Nagrody "Nike", tym razem wybierając coś starszego. Padło na tomik poezji Jarosława Marka Rymkiewicza "Zachód słońca w Milanówku", który nagrodzony został w roku 2003.
"Zachód słońca w Milanówku" to właśnie taki nieco baśniowy tomik poezji, cechujący się pewną dozą złudnej lekkości. Ot, stosunkowo proste rymy, wiersze o kotach i jeżach. Pod tym wszystkim ukrywa się jednak właśnie śmierć, fascynacja przemijaniem, naturą. Śmierć jest u Rymkiewicza czymś naturalnym, bo występującym w przyrodzie, czymś otaczającym nas zewsząd, znajdującym się nawet tam, gdzie pozornie kwitnie życie - przykładowo w ogrodzie.
Tak jak wspominałam, jest tu dużo o kotach i jeżach. Czytając, aż miałam ochotę wziąć do ręki zakładki i zaznaczać wszystkie momenty, w których się jakiś jeż pojawił. Zwierzęta te są tu nierozłączną częścią ogrodu, oddychają nim, żyją w symbiozie z nim i tak naprawdę odniosłam wrażenie, że bez jeży ogrodu Rymkiewicza także by nie było.
Po przeczytaniu całego tomiku trudno jest mi znaleźć w pamięci jakiś wiersz, który bardziej by mnie zachwycił czy zapadł głębiej w pamięć. W gruncie rzeczy wszystkie te wiersze są do siebie dosyć podobne, występują w nich podobne motywy i postaci. Bardziej niż poszczególne wiersze zapamiętuje się całość, właśnie jako oniryczny, baśniowy tomik, czasem nawet makabryczny, kojarzący się nawet z oryginalną brutalnością baśni braci Grimm.
Powoli pomalutku śmierć nas w baśń zamienia****
"Zachód słońca w Milanówku" bardzo mnie zaskoczył - nie spodziewałam się kompletnie czegoś tak prostego, a jednocześnie jednak dziwnego. Ze szkoły nie przypominam sobie żadnych wierszy Rymkiewicza (jeśli jakieś pamiętacie, proszę o przypomnienie!); finalnie, spotkanie z jego twórczością uważam za ciekawą przygodę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz