Podobno tylko krowa nie zmienia zdania. Z reguły jest tak, że nawet jeśli jakąś powieść czytałam w latach wczesnonastoletnich (koniec podstawówki, początek gimnazjum) i mi się podobała, to mogę zaufać swoim gustom czytelniczym i po ponownej lekturze nie jestem ani odrobinę rozczarowana. Mogę wręcz wtedy z dumą stwierdzić: "Zawsze wiedziałam, jakie książki są dobre!". Nie mam tak, że uwielbienie dla jakiejś serii wspominam ze wstydem czy zażenowaniem. Jeśli coś pokochałam, to prawdopodobnie pokochałam to już na całe życie.
Tak też jest z Jeżycjadą. Pokochałam ją, kiedy miałam trzynaście lat, i kocham ją do dzisiaj. Ale nigdy nie było to ślepe uwielbienie dla wszystkich jej tomów, jeśli już, to raczej dla serii jako całokształtu. Tak jak od pierwszej lektury zapałałam wierną miłością do "Brulionu Bebe B." (scena z koszulą!) czy "Opium w rosole" (zakochana z wza-jem-no-ścią!), tak samo od zawsze nie cierpiałam "Kalamburki" i "McDusi". A jednak "Język Trolli" przeczytany po raz pierwszy bardzo (!) mi się podobał - teraz zaś przy czytaniu tylko zgrzytałam zębami.
















