Są takie literackie postaci, które zna każdy - nawet ten, kto ani nie czytał powieści, ani też nie oglądał żadnej jej ekranizacji. Przy literaturze grozy można tu wymienić potwora doktora Frankensteina (przy czym pamiętajcie, że jest to nazwisko stwórcy tego monstrum, a nie samego potwora) czy też hrabiego Draculę. Ponieważ lektura "Frankensteina" już od ładnych paru lat za mną, postanowiłam zmierzyć się też ze słynnym wampirem. A jako że powieść Mary Shelley była dla mnie rozczarowaniem, to i po "Draculi" nie spodziewałam się zbyt wiele - obstawiałam, że będzie mocno trącić myszką. Czy się myliłam? Zapraszam do czytania dalej :)
Świeżo upieczony notariusz, Jonathan Harker, dostaje zlecenie wyjazdu do Transylwanii, gdzie ma pomóc załatwić hrabiemu Draculi wszelkie formalności związane z zakupem przez tegoż hrabiego posiadłości w Anglii. Jonathan przybywa zatem do mrocznego zamku, gdzie podejmuje gościnę u wzbudzającego niepokój Draculi...
