Jak pewnie pamiętacie, jestem ogromną fanką "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz (zwłaszcza "Opium w rosole" i "Brulionu Bebe B." - to moje dwa najukochańsze tomy). I o ile wszystkie tomy "Jeżycjady" czytałam po kilka razy, próbowałam nawet niektórych przepisów z "Łasucha literackiego", to jednak nie czytałam niczego autorstwa pani Musierowicz, co nie byłoby związane z jej najpopularniejszą serią. Bo tak, istnieje jeszcze jedna seria; seria bajek dla dzieci, których akcja dzieje się we władanej przez smoki Bambolandii...
W skład historii o mieszkańcach Bambolandii wchodzą opowiadania "Czerwony helikopter" (1978), "Ble ble" (1982), "Kluczyk" (1985) i "Światełko" (1989). Wszystkie te opowiastki były wydawane oddzielnie, aż do powstania zbioru "Bambolandia", o którym opowiem Wam właśnie dzisiaj. Sięgając po ten zbiór, naiwnie wierzyłam, że znajdują się w nim wszystkie opowieści o Bambolandii. Okazało się, że brakuje pierwszej, "Czerwonego helikoptera"; czytając wszystko od "Ble ble", czułam się zatem, jakbym została przerzucona od razu do tomu drugiego i początkowo trudno było mi trochę zorientować się, o co chodzi. Nie rozumiem takiej decyzji wydawcy - skoro w "Ble ble" znajduje się tyle odniesień do wcześniej wydanej bajki, dlaczego jej także nie włączyć do zbioru? Zwłaszcza że opowiadania o Bambolandii najlepiej czytać po kolei, inaczej łatwo się pogubić. Cóż, zdecydowanie będę musiała "Czerwony helikopter" nadrobić...
Jeśli jednak zaczniecie, tak jak ja, od "Ble ble" (pierwszego opowiadania w zbiorze "Bambolandia"), poznacie naszych bohaterów, czyli rodzeństwo Andrzeja i Zosię, kiedy przylatują z przygody opisanej w "Czerwonym helikopterze" (no właśnie, mówiłam, że odniesień do tej książeczki jest dużo...) do swojego domu w Poznaniu razem ze smokiem Bambolczykiem, który choć chętnie zjadłby swoich nowych znajomych, to aktualnie woli śmietankowe krówki. Kiedy rodzina Andrzeja i Zosi zaprowadza Bambolczyka do dentysty (w końcu od krówek robi się próchnica), przylatuje drugi smok, mały Bambolo, który zawiadamia wuja, że porwano jego siostrzenicę, słodką Bambolinkę - córkę władcy Bambolandii, księcia Bambolarza. Rozpoczyna się misja ratunkowa.
Gdybyście zaś byli ciekawi, o co chodzi w pozostałych opowiadaniach ze zbioru, to pokrótce i bez spoilerów odpowiem, że "Kluczyk" dotyczy poszukiwań srebrnego kluczyka spełniającego życzenia oraz walki z okrutnym smokiem, zaś "Światełko" pomocy uciemiężonym przez smoka Błotniakom. W każdym opowiadaniu występują zatem smoki, co zapewne ucieszy wszystkich fanów i Musierowicz, i fantastyki :)
Jak mi się czytało opowiadania o Bambolandii? Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy nie zestarzały się już zbyt bardzo. Sam koncept Bambolandii jest bardzo ciekawy - dzieci, które ciągle przeżywają niesamowite przygody, kraina zamieszkana i władana przez smoki, wreszcie właśnie, same smoki, które choć postanawiają nie zjeść naszych bohaterów, to jednak czasem o tym wspominają i niektóre z ich działań jest rzeczywiście okrutne. Nawet smok Bambolczyk, choć kocha krówki i chodzi w szlafroku w groszki, to jednak w pewnym momencie postanawia porwać Grubaska, zachwycając się ilością jego tłuszczyku. Największy problem z tymi opowiadaniami mam jednakże z powodu zachowania rodziców Andrzeja i Zosi (a później także Emilki). Jest tu taki system wychowania, w którym dzieci w zasadzie wychowują się same. Czyli chodzą gdzie chcą, do której chcą, a starsze dzieci opiekują się tymi młodszymi i robią im za niańkę. W "Bambolandii" normalne jest, że mama zabrania wchodzić dzieciom do kuchni, w której się sama znajduje, bo akurat smaży gorące powidła, w tym samym czasie tata zabrania im wchodzić do pracowni, w której się sam znajduje, bo są tam rozpuszczalniki, a opieka nad dwulatką zrzucana jest na głowę jej starszego rodzeństwa (przypominam, w tym samym czasie w domu znajduje się dwoje dorosłych!).
- Moja droga - powiedziała. - Twoje dzieci lecą dokądś helikopterem. Kazały cię zawiadomić, że wrócą na kolację. Ale jak je znam, to równie dobrze możesz się ich spodziewać za tydzień.
Jak to u Musierowicz bywa, wszystkie opowieści okraszone są ilustracjami jej autorstwa. O ile jednak w "Jeżycjadzie" są to biało-czarne rysunki, w których zwłaszcza w pierwszych tomach dużą rolę odgrywają kreski we wszystkich możliwych konfiguracjach (zauważyliście to kiedyś?), tak w "Bambolandii" są to kolorowe obrazki. Ciekawie jest poznać twórczość Małgorzaty Musierowicz także od takiej bardziej malarskiej strony.
Czy żałuję, że przeczytałam "Bambolandię"? Absolutnie nie, pozajeżycjadowa twórczość Musierowicz kusiła mnie już od dawna. Nie są to jednakże opowieści i świat, który bym pokochała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz