"Zbrodnia i kara" była jedną z tych lektur, które w liceum wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Kiedy jednak po latach próbowałam przypomnieć sobie jakieś szczegóły tej powieści, zauważyłam, że zamazały się już w mojej pamięci. Z tego względu postanowiłam powrócić do najsłynniejszego dzieła Dostojewskiego.
Petersburg, druga połowa XIX w. Były student Rodion Raskolnikow żyje w nędzy i samotności, której nie ma siły i chęci pokonać. Rozwiązaniem jego problemów, a jednocześnie dźwignią do przysłużenia się społeczeństwu, ma być zabicie przez niego starej lichwiarki, Alony Iwanowny...
"Zbrodnia i kara" jest niczym odwrócony kryminał i powieść psychologiczna w jednym. Dlaczego "odwrócony" kryminał? Bo doskonale wiemy, kto zabił, pytanie tylko, czy zostanie złapany? Sprawy nie ułatwia fakt, że nie śledzimy losów śledczych, którym kibicujemy - naszym bohaterem jest tu Raskolnikow, poznajemy jego trudną sytuację rodzinną, widzimy, kiedy ratuje dziewczynę przed zgwałceniem i pokrywa koszty pogrzebu ledwie sobie znanej osoby; słowem, oprócz morderstwa widzimy też jego bohaterskie czyny, momentami łapiemy się ze zgrozą na tym, że nie chcemy, żeby poniósł karę, żeby go zaaresztowano... książka sprawia, że kibicujemy zbrodniarzowi, a nasza moralność zostaje poddana w wątpliwość. Jednocześnie, widzimy, że Raskolnikow ma naprawdę paskudny charakter, denerwujemy się na niego - te sceny, w których go szanujemy za jakiś dobry gest i kiedy go nienawidzimy, zmieniają się naprawdę często, pozostawiając nas z mętlikiem w głowie. No bo jak to - widząc śledczego, który wpada na trop, nie kibicujemy mu, tylko mamy ciarki, jakby to on był czarnym charakterem?
Myślę, że ta gra z moralnością czytelnika jest właśnie powodem, dla którego "Zbrodnia i kara" stanowi jedną z najsłynniejszych powieści wszechczasów. Fiodor Dostojewski odwraca wszystkie znane powszechnie role - śledczy są tu antagonistami, zbrodniarz bohaterem, którego losy śledzimy z zapartym tchem (na zmianę kibicując mu i życząc mu katorgi), a prostytutka aniołem i męczennicą, która oddaje swoje ciało za życie innych.
Inspiracji dla napisania "Zbrodni i kary" Dostojewski miał kilka. Jedną z nich był poemat Puszkina "Cyganie", o którym tak napisał w swoim brudnopisie: "Aleko zabił. Świadomość, że sam nie jest godzien ideału, który dręczy jego duszę. Oto zbrodnia i kara". Następnie, opisana we francuskiej prasie (którą Dostojewski przeglądał w poszukiwaniu tematów do gazety, w której praktycznie pełnił funkcje redaktora naczelnego) zbrodnia dokonana przez studenta prawa na tle rabunkowym - co ważne, student ten uważał się za wybitną, wyjątkową jednostkę, nie zbrodniarza, lecz ofiarę swojej epoki. Wreszcie, Dostojewski sam miał w swoim życiu epizod aresztowania i katorgi - jako członek sprzeciwiającego się zacofaniu społecznemu i ekonomicznemu carskiej Rosji Koła Pietraszewskiego został aresztowany, a następnie skazany na cztery lata katorgi.
Wspomniałam wcześniej, że "Zbrodnię i karę" można uznać za powieść psychologiczną. Skupia się ona na przeżyciach wewnętrznych bohatera, docieka powodów takich, a nie innych jego decyzji. Sam Raskolnikow nie jest do końca pewny, co nim kierowało - czy rzeczywiście chęć podjęcia dalszych studiów dzięki pieniądzom lichwiarki, a następnie zadośćuczynienie społeczeństwu zdobytą wiedzą, czy też może sprawdzenie siebie samego, czy rzeczywiście jest jednostką wybitną, Napoleonem, któremu wolno więcej niż innym. Jest to bardzo ważny wątek, a jednocześnie pytanie pozostawione przez autora: czy istnieją jednostki, którym wolno więcej, ponieważ działają dla dobra ludzkości? Czy jeśli popełnimy mord, a dzięki temu wynajdziemy przykładowo lek na nieuleczalną dotychczas chorobę, to czy nasza zbrodnia jest uzasadniona? Czy życie milionów można kupić za to jedno życie odebrane? Czy niektórzy ludzie nie są, jak to ujął Raskolnikow, wszami? Czy nie warto się ich pozbyć? To ciekawy temat do rozważań, a jednocześnie bardzo niebezpieczny. Bo do jakich wniosków dojdziemy? Tu nasze myśli mogą zawędrować dalej. I ktoś może powiedzieć: może rzeczywiście Raskolnikow miał rację? Może są ludzie, którym wolno więcej? Warto wtedy nieco otrząsnąć się i pomysleć, jakie zbrodnie można by było usprawiedliwić w ten sposób i czy rzeczywiście chcemy takiego świata. Do głowy po przeczytaniu "Zbrodni i kary" mimochodem przychodzą mi trzy z nich. Najpierw wojenne eksperymenty medyczne. Czy zbrodniarze nie tłumaczyli ich sobie właśnie tym "dobrem ludzkości"? Wreszcie, dwie warszawskie sprawy kryminalne, o jakich mogliśmy usłyszeć stosunkowo niedawno - "hydraulicy" zabijający staruszki dla ich pieniędzy oraz zbrodnia studenta prawa, który przy użyciu siekiery pozbawił życia niewinną ofiarę, właśnie po to, żeby przekonać się, czy jest ofiarą, czy drapieżnikiem. "Zbrodnia i kara" we współczesnym świecie okazuje się niestety bardzo aktualna, właśnie ze względu na ten portret sprawcy, jego psychiki i usprawiedliwień, jakie widzi dla swojego zachowania.
Powieść Dostojewskiego czyta się powoli, ponieważ pełno tu potoków myśli rozciągniętych na całe stronice. Nie jest to szybka powieść akcji z mnóstwem prostych w formie dialogów. Przy "Zbrodni i karze" musimy bardziej się skupić, ale zdecydowanie warto. Ta powieść to taki rachunek sumienia dla społeczeństwa, dla nas samych jako jego części. Czy damy się pociągnąć logice Raskolnikowa, czy może w porę otrząśniemy się i pójdziemy po rozum do głowy? Zachęcam i Was do powrotu do tej powieści, a jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to do zapoznania się z tym genialnym dziełem.
Tytuł oryginału: Priestuplenije i Nakazanije
Data pierwszego wydania: 1866 (jako powieść w odcinkach)
Tłumaczenie: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski
Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 556
Moja ocena: 9/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz