
"Dolina Tęczy" jest piękną opowieścią o dzieciństwie, o radościach i smutkach wieku dziecięcego, kiedy to człowiek pragnie jak najszybciej wybiec w swoje ulubione miejsce, a kawałek ziemi przekształca się w jego wyobraźni w coś zupełnie innego. Pamiętam do dzisiaj, jak bawiłam się w ogródku u babci, że jestem kucharką i robiłam zupy z błota albo że jestem bohaterką, która dzielnie wkracza do mrocznego zamku (ciemnej stodoły), skąd dobiegają ryki potwornych stworzeń (byki mocujące się z łańcuchami). Także dzieci Ani i Gilberta miały takie swoje zaczarowane miejsce - dolinkę niedaleko domu, którą nazwały Doliną Tęczy.
O ile z "Ani ze Złotego Brzegu" najbardziej polubiłam Di, tak teraz palmę pierwszeństwa dostał ode mnie Walter, mały poeta o ciemnych włosach i melancholijnych, szarych oczach. Poznajemy też resztę dzieci, znowu jednak mam wrażenie, że autorka niezbyt lubiła najmłodszego syna Ani, Shirleya. Był taki pominięty! - zawsze gdzieś w tle, bardziej zżyty ze służącą, Zuzanną Baker niż z własną matką. I tu także chciałabym dodać parę słów o Zuzannie. Mam do niej mieszane uczucia - z jednej strony da się lubić, jest taką gorszą wersją Judysi z "Pat ze Srebrnego Gaju", a przy tym jest taka "swojska". Z drugiej strony nie mogę jej wybaczyć, że właściwie odebrała Ani syna - zobaczcie tylko na ten nieco długi, lecz całkowicie obrazujący sytuację cytat: