wtorek, 8 września 2026

Oczarowanie czy rozczarowanie? Joanna Chmielewska "Wielkie zasługi"

W gimnazjum zaczytywałam się w młodzieżowych klasykach PRL-u. To czas, w którym pokochałam "Jeżycjadę" Małgorzaty Musierowicz (zwłaszcza najstarsze tomy) i "Pana Samochodzika" Zbigniewa Nienackiego. Wielokrotnie odświeżałam sobie obie te serie i za każdym razem jestem tak samo oczarowana. Jednak Joanna Chmielewska i jej seria o Janeczce i Pawełku jakoś mnie ominęła. Po latach postanowiłam sprawdzić, czy Chmielewska mnie oczaruje czy rozczaruje.

Rezolutne rodzeństwo, Janeczka i Pawełek, spędzają razem z rodzicami wakacje nad morzem, a konkretnie w Piaskach nieopodal granicy z ZSRR. Już w czasie pierwszego spaceru z niesamowicie inteligentnym psem Chabrem odkrywają zapomniany cmentarz, a na nim rozkopane groby. Czyja to sprawka? Wkrótce dzieci nabierają pewnych podejrzeń... Ale rozwikłanie tej zagadki to nie jedyne wakacyjne zadanie - dodatkowo Janeczka i Pawełek postanawiają pomóc mrówkom odbudować mrowisko i zasadzić koło niego krzaczki róży (a takie rosną niestety tylko za siatką odgraniczającą Polskę od ZSRR, więc sprawa zaczyna mieć charakter międzynarodowy), a także... czatować na dziki.

Dlaczego wybrałam właśnie "Wielkie zasługi", czyli tom drugi, zamiast zacząć od pierwszego? Oczywiście ze względu na miejsce akcji. W tym roku wybraliśmy się do Krynicy Morskiej, a to już niedaleko od miejsca, w którym zagadki rozwiązywali Janeczka i Pawełek. W dodatku w Krynicy znaleźć można nawet ławeczkę Joanny Chmielewskiej, z guziczkiem, który po wciśnięciu włącza nam fragment audio właśnie "Wielkich zasług".

Przyznam to od razu i bez bicia: Chmielewska rozczarowała mnie. Nie przeczę, że Janeczka i Pawełek to sprytne i rezolutne dzieciaki, że ich pies Chaber jest bardzo mądry i posiada nadzwyczajny węch, a cała intryga poprowadzona jest w sposób dość ciekawy, choć na mój gust nieco zbyt chaotyczny. Chwilami głowa mnie jednak bolała od sposobu, w jaki rodzeństwo rozmawia ze sobą i wyjaśnia swoje podejrzenia ("Ten samochód tam zawracał i zakopał się kompletnie, i odkopywali go, i podkładali deski. (...) Ten jakiś tam się plątał (...)", albo: "Było tak, że najpierw jakiś coś wiedział i szukał jak popadnie. Wygonili go, to był ten od pana Łubiańskiego. A potem znalazł się ktoś uratowany i on powiedział, że grób musi być z płytą" - chodziło o kogoś, kto zbiegł z miejsca przestępstwa i nie został nigdy złapany, a nie o kogoś, kto został "uratowany" - to kompletnie zmienia rozumienie całego zdania.).

Jednak największy kłopot z tą książką mam zwyczajnie taki, że podsuwa dzieciom złe pomysły i przyklaskuje olewczemu stylowi wychowywania. Na to samo narzekałam po lekturze "Bambolandii" - dzieci w PRL-owskich książkach często wychowują się same, nikt ich nie pilnuje, a wręcz każdy jest zadowolony, kiedy znikają. Janeczka i Pawełek wyruszają na wyprawy na całe dnie i liczy się tylko to, czy wrócą na noc do domu (jak wrócą, to też nikt ich nie pilnuje, bo wymykają się na nocne wojaże), względnie na spóźniony obiad. No bo mają psa, to są bezpieczne - ot, cały plan wychowawczy. A przecież te dzieciaki są w obcym miejscu - gdyby to było ich osiedle czy wieś, ale nie, to obce miejsce i lasy, lasy, lasy... W pewnym momencie dzieci boją się, że zostaną zamordowane, bo za dużo wiedzą, oraz że straż graniczna odkryje ich przechodzenie pod siatką przygraniczną i pójdą do poprawczaka. Oczywiście nikomu nie mówią ani o swoich obawach, ani nawet o rozkopanych grobach. Rodzice są w tej książce kompletnie bezużyteczni.

Można by było nawet lekko przymknąć na to oko i wytłumaczyć to odwzorowaniem realiów epoki, gdyby nie jedna scena. Janeczka i Pawełek zauważają prąd wsteczny i doskonale wiedzą, że nie mogą w taką pogodę wchodzić do wody. Postanawiają jednak obwiązać się liną, wejść do morza i liczyć na to, że drugie dziecko w razie czego ich wyciągnie. Robią to na zmianę, aby każde z nich mogło sprawdzić, jak mocny jest prąd wsteczny. Nie dowiadujemy się, co zrobić, jeśli rzeczywiście na taki prąd trafimy, bo Janeczka i Pawełek są po prostu wyciągani pod prąd, na wcześniej zawiązanej do ich pasa linie. Oboje mogli się łatwo potopić, wystarczyłoby, że któreś z nich puści linę. To po prostu podsuwanie dzieciom (będących docelowymi czytelnikami) katastrofalnych pomysłów.

Być może rzeczywiście w PRL-u dzieci wychowywały się same. Możliwe, że nikt wtedy nie pytał "a gdzie byli w tym czasie rodzice". Lepiej jednak nie podsuwać dzieciom głupich sposobów na śmierć. Może lepiej, żeby niektóre książki okrył kurz zapomnienia...


Tom II serii o Janeczce i Pawełku
Data pierwszego wydania: 1981
Wydawnictwo Phantom Press International, Gdańsk 1992
Liczba stron: 255
Moja ocena: 3/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Oczarowanie czy rozczarowanie? Joanna Chmielewska "Wielkie zasługi"

W gimnazjum zaczytywałam się w młodzieżowych klasykach PRL-u. To czas, w którym pokochałam "Jeżycjadę" Małgorzaty Musierowicz (zwł...