Kilka lat temu Internet zalała fala pozytywnych recenzji powieści Delii Owens "Gdzie śpiewają raki". Można nawet powiedzieć, że wyskakiwała ona wszystkim książkoholikom z lodówki. Oczywiście i mnie ta historia zaintrygowała, chociaż trochę bałam się rozczarowania (czasem przez taką falę zachwytów mam w stosunku do powieści zbyt wygórowane oczekiwania), więc lekturę odłożyłam na późniejszy czas. Kolejna fala popularności tej książki nadeszła wraz z ekranizacją - dla mnie zaś dodatkową motywacją było to, że piosenkę do filmu napisała specjalnie Taylor Swift i piosenka ta jest przepiękna (posłuchacie jej na końcu wpisu). Ale znów zaczęłam bać się rozczarowania i lekturę odłożyłam na później. W końcu jednak stwierdziłam, że albo teraz, jeszcze na fali emocji z koncertu, albo wcale. I nie żałuję.
USA, lata 50. XX w. U wybrzeży Karoliny Północnej, na mokradłach, mieszka rodzina Clarków, otoczona przez naturę - krzyk mew, szum oceanu, szelest trzcin, brzęczenie owadów - to ich codzienność. Wśród nich mała Kya - otoczona przez kochającą matkę i starsze rodzeństwo. Nie jest to jednak żadna sielanka - warunki w ich domu są ciężkie, a ojciec jest przemocowcem... Pewnego dnia matka Kyi postanawia odejść, niedługo po niej także inni, w poszukiwaniu lepszego życia i w obawie przed ojcem. Zostaje tylko Kya, która będzie musiała nauczyć się, jak żyć - z ojcem, aby nie rzucać się mu w oczy, i jak żyć na mokradłach - aby po prostu przeżyć.
Koniec lat 60. Na bagnach znalezione zostaje ciało Chase'a Andrewsa, miejscowego złotego chłopaka. O zabójstwo ludzie zaczynają podejrzewać Dziewczynę z Bagien...






