Wokół "Szóstki Wron" narobiło się tyle szumu, że koniec końców miałam wobec niej bardzo wysokie wymagania. Dla niektórych książek bywa to czynnikiem powodującym spore rozczarowanie u czytelnika, który spodziewał się fajerwerków i cudów-niewidów, a dostał po prostu bardzo dobrą - lecz tylko bardzo dobrą - książkę. Bałam się, że z "Szóstką Wron" tak właśnie będzie... Jeśli więc jesteście ciekawi, czy powieść ta spełniła moje oczekiwania, zapraszam dalej :)
Kaz Brekker, członek gangu Szumowin, dostaje propozycję wartą trzydzieści milionów kruge. Ma włamać się do Lodowego Dworu, potężnej wojskowej twierdzy leżącej w zimnej i smaganej wiatrem Fjerdzie, uwolnić zakładnika (od którego odkryć zależy, czy świat nie stanie w chaosie) i przewieźć go z powrotem do Kerchu. Misja teoretycznie niewykonalna i samobójcza, Kaz jednak już wiele razy udowodnił, że nie zna słowa "niewykonalne".
Tytułowa "Szóstka Wron" to oczywiście ekipa włamująca się do Lodowego Dworu: Kaz, Inej, Nina, Matthias, Jesper i Wylan. I choć teoretycznie to Kaz jest głównym bohaterem, to moje serce podbiła postać Matthiasa, który jest poruszany tak sprzecznymi ze sobą emocjami, że stanowił wielką zagadkę - nigdy nie było wiadomo, co tym razem weźmie u niego górę i co zrobi. Dodatkowo historia jego i Niny, opisana po kawałeczku w powieści, bardzo mnie poruszyła; nie ma tam nic z cukierkowatości, jest mrok, ogromna przepaść... Zresztą, sami zobaczycie, bo to coś niesamowitego.






